Mecz o Superpuchar Wrocbalu

czwartek 14.09.2017, boisko przy ul. Sarbinowskiej

vs.

Kilka minut po godz. 20 kapitanowie wyprowadzili zawodników na boisko, a chwilę potem sędzia Niciński rozpoczął mecz. Obie drużyny stanęły przed szansą zdobycia pierwszego trofeum tej jesieni. Przez cały dzień z niepokojem spoglądaliśmy na ciężkie chmury, które przetaczały się nad Wrocławiem, lecz wieczorem pogoda okazała się łaskawa i w trakcie pojedynku nie padało.

 

Na przestrzeni ostatnich lat zagraliśmy ze Szpilmacherami ogromną ilość spotkań, lecz - co zaskakujące - był to nasz pierwszy pojedynek o stawkę. Tak się to ułożyło, że gdy my weszliśmy do Superligi, oni akurat przenieśli się do innych rozgrywek; nigdy też, mimo kilku okazji, los nie skrzyżował naszych dróg w pucharowej drabince.

Gdy w 2010 roku dopiero dołączaliśmy do wrocbalowej rodziny, Marcin Wiktorowski ocenił, że pod względem zaangażowania w grę całej drużyny jesteśmy bardzo podobni właśnie do "Szpilek". Dziś przed meczem przypomniał tamtą rozmowę, a obie drużyny mogą chyba z satysfakcją stwierdzić, iż mimo upływu czasu ten element pozostał naszym wyróżnikiem. 

 

O rywalach wiedzieliśmy wszystko. Zagadką było jednak, jaki skład zdołają zebrać. Od dłuższego czasu w ich szeregach z urazem zmaga się Sokół. Zabrakło też kontuzjowanego niedawno w lidze Maria. Od razu zwróciliśmy uwagę, że to dla nas dobra wiadomość, bo deficyt obrońców wymuszał, by Paweł skupił się na grze w defensywie. Poza tym "Szpilki" wytoczyły jednak przeciw nam wszystkie najcięższe działa. Wbrew wcześniejszym deklaracjom, na meczu pojawił się Arek. Przybył też najlepszy napastnik, Guma. Jakby tego było mało, to ich szeregi wzmocnił jeszcze Miedziak.

U nas niestety sytuacja była daleka od komfortowej. Graliśmy, choć to już przecież nasza tradycja, tylko z jednym zmiennikiem. Na bramce oczywiście Maciek, dalej w obronie Majkel, Dudis, Maniek, w ofensywie Adaś, Artur i Cuba; poza tym wszechstronny Lewy, który zagrał w tym meczu chyba na każdej pozycji poza bramką. Obecny był także Bartek - tym razem w roli kibica, lecz w pełnej gotowości, by pomóc nam w razie potrzeby (Dziękujemy!).

Poważne kontuzje wykluczyły udział Miszy, MVP i Kruka. Sprawy losowe uniemożliwiły przyjazd Grzesia, Bońka i Matiego. Były to olbrzymie osłabienia. Każdy z nich powinien grać z nami regularnie i każdy - dokładając swoją cegiełkę - mógłby decydująco wpłynąć na końcowy wynik. 

 

Chłopaki bardzo nam Was brakuje, więc wracajcie do zdrowia! Czekamy na Was!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Obie drużyny rozpoczęły mecz dość ostrożnie, przede wszystkim nie chcąc narazić się na stratę gola. Mimo to tempo meczu było całkiem szybkie. W pierwszych minutach osiągnęliśmy lekką przewagę. Rozsądnie operowaliśmy piłkę po ziemi. W porównaniu do ostatniego pojedynku ligowego przyspieszyliśmy rozegranie, o czym była mowa przed meczem. Stworzyliśmy kilka groźnych sytuacji. Artur umiejętnie wykorzystał zamieszanie w polu karnym i doszedł do strzału z bliskiej odległości, lecz Rafała w bramce rywali uratował słupek. Uderzali też Marcin, Adaś i Cuba, lecz piłka albo mijała bramkę, albo była blokowana przez obrońców. 

 

Z upływem czasu ciężar gry przeniósł się na naszą połowę. Groźne były szczególnie piłki rzucane "za kołnierz" naszego ostatniego obrońcy, lecz na szczęście rywalom wciąż brakowało odrobiny precyzji: albo w podaniu, albo przyjęciu, albo wykończeniu. "Szpilki" kilka razy próbowały też uderzeń z dystansu. Byliśmy w tych sytuacjach zbyt pasywni - powinniśmy szybciej doskakiwać do przeciwnika, by nie miał czasu odpowiednio przymierzyć.

W całej środkowej części meczu w ataku zagraliśmy słabo taktycznie i bardzo bojaźliwie. Zadowalaliśmy się tym, by Maciek rzucał górne piłki na Lewego i absolutnie nikt inny nie kwapił się, by przyjąć ciężar gry na siebie, uspokoić rozegranie, sprowadzić nasze akcje z powrotem na ziemię. 

W końcówce fatanstyczną sytuację wykreował jeszcze dla nas Dudis. Dogonił długą piłkę w narożniku boiska, po czym błyskawicznie podał na piąty metr do wbiegającego Artura. Ten miał przed sobą pustą bramkę, lecz w ostatniej chwili spod nóg futbolówkę wybił mu ofiarnie wracający Arek. 

Byliśmy zadowoleni z przebiegu pierwszej połowy, z tempa, a przede wszystkim z organizacji gry w obronie. Z optymizmem wyszliśmy więc na drugie 20 minut. Niestety dość szybko straciliśmy gola. Przy rzucie rożnym spod krycia urwał się Guma i strzałem głową precyzyjnie skierował piłkę do bramki. Właściwie wykonał przy tym kopię akcji, która należy do naszych podstawowych schematów.

No trudno. Staramy się wzajemnie zmobilizować i wkrótce podejmujemy decyzję o wyjściu do wysokiego pressingu. Niestety Guma bardzo szybko po raz kolejny pokazuje kunszt i, mimo ostrego kąta oraz asysty obrońcy, mocnym strzałem umieszcza piłkę w sieci. Do końca meczu pozostało kilka minut, więc nasza sytuacja była już bardzo ciężka.

 

Jakoś w tym czasie po jednym ze strzałów piłka trafiła w naszą poprzeczkę - mogło być po meczu! Wcześniej w starciu z Adasiem poważnej kontuzji nabawił się obrońca "Szpilek" Kaban, który musiał opuścić boisko. Życzymy mu jak najszybszego powrotu do zdrowia! Był to jeden z niewielu fauli i trzeba przyznać, że cały pojedynek był toczony w bardzo sportowej atmosferze, choć nie brakowało w nim fizycznej walki.

 

W końcówce meczu walczyliśmy do końca. Znowu zaczęliśmy grać mądrze - już pierwsze podanie Maćka było po ziemi i tak też toczyły się nasze akcje. "Szpilki" coraz więcej piłek grały do wysuniętego Gumy, lecz Majkel fantastycznie ograniczał jego poczynania, umiejętnie przecinając większość podań i momentalnie uruchamiając nasze kontry. Zaczęliśmy przyspieszać, wiedząc, że rywale miewają problemy przy przejściu z ataku do obrony. Nasze akcje stawały się coraz groźniejsze i wreszcie, po strzale Lewego, zdobyliśmy kontaktową bramkę.

 

W tym momencie do końca spotkania pozostały 4 minuty. Ruszamy do szturmu. Marcin dośrodkowuje, Adaś gasi piłkę do ziemi i próbuje zagrać "w uliczkę:" - futbolówka najpierw odbija się od obrońcy, potem od Lewego i ostatecznie trafia na piątym metrze do niepilnowanego Artura, który w sytuacji sam na sam nie daje szans bramkarzowi. To, co jeszcze chwilę temu wydawało się nieprawdopodobne, stało się faktem: mamy remis! W ostatniej akcji meczu wykonujemy jeszcze rzut rożny, lecz tego stałego fragmentu nie udało się zakończyć strzałem. Szkoda, byłaby to historia niczym ze słynnego meczu Legia - Widzew :)

 

Sędzia Niciński zakończył regulaminowy czas gry, a kapitanowie zostali poproszeni o wytypowanie trzech strzelców rzutów karnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do pierwszego strzału z naszej strony wyraźnie brakowało chętnych, w końcu odpowiedzialność zgadza się wziąć na siebie Majkel. Uderza mocno, pewnie, lecz piłka odbija się od poprzeczki, potem od ziemi tuż przed linią i wraca w pole. Do "jedenastki" podchodzi z kolei Guma, który trafia w słupek, lecz tym razem po rykoszecie piłka wpada do bramki. Przegrywamy zatem 2:3. Kilka centymetrów niżej tu, kilka centymetrów w lewo tam i wynik byłby odwrotny. Cóż, ponad 40 minut wysiłku w wykonaniu 20 facetów, a potem właśnie te kilka centymetrów może zdecydować o końcowym triumfie. Tak w futbolu, jak i w życiu - kilka centymetrów robi istotną różnicę... ;) 

 

W drugiej serii pewną bramkę zdobył Lewy, ale rywale szybko odpowiadają tym samym. Ostatni z Blitza do piłki podchodzi Artur, który skutecznie przedłużył nasze nadzieje. Niestety "Szpilki" były tego dnia bezbłędne - zwycięstwo zapewnił im Krzysiek.

To był fajny, wyrównany mecz, w którym obie drużyny miały swoje okresy dobrej gry oraz momenty przestojów. Rywali do sukcesu poprowadził Guma - bez wątpienia MVP tego pojedynku. Nie tylko zdobył dwa gole, lecz cały czas chciał brać ciężar gry na siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nam należą się brawa za zaangażowanie. Byłem pełen obaw, widząc braki kadrowe oraz mając w pamięci wtorkowy mecz ligowy, jakże przeciętny w naszym wykonaniu. A jednak wszyscy podjęliśmy walkę, stworzyliśmy wiele sytuacji, konsekwentnie i z reguły skutecznie realizowaliśmy przyjętą taktykę. Co cieszy mnie szczególnie, to że nawet przy stanie 0:2 nie pojawiło się rozprężenie i wciąż graliśmy jako jedna drużyna. Tymczasem w poprzednich latach bywało tak, iż nagle każdy próbował wygrywać mecz "po swojemu", według własnych pomysłów, przez co na boisku pojawiał się totalny i bezproduktywny chaos.

Zapewne wszystkim nam smutno z powodu porażki, lecz - jestem o tym przekonany - przed nami jeszcze wiele pozytywnych emocji! :)

Szpilmacherom gratulujemy kolejnego trofeum w ich okazałej gablocie!

 

galeria zdjęć: TUTAJ

relacja Szpilmacherów: TUTAJ

opis organizatora: TUTAJ

relacja na Wrocbal TV: TUTAJ