Osiem miesięcy temu mieliśmy wciąż realne szanse na mistrzostwo Wrocbalu, a w tabeli za naszymi plecami znajdowali się tacy potentanci, jak WSOWL czy FC Moose. Graliśmy naprawdę nieźle, z pomysłem i dużym zaangażowaniem. Spadek na dno okazał się niestety szybki i bolesny.

Przełomem był chyba ów dramatyczny, jesienny pojedynek przeciwko Kuźnikom. Dużo nerwów na boisku, czerwone kartki dla rywali, wreszcie bramka stracona przez nas w ostatniej akcji i remis 2:2, przez który straciliśmy szansę na tytuł. Odtąd totalnie uszło z nas powietrze, którego najwyraźniej nie umiemy zaczerpnąć aż do teraz.

Jesienią przegraliśmy jeszcze 0:1 z Rycerzami Ni (mimo chyba 95% posiadania piłki) i zupełnie bez walki oddaliśmy mecz RTV (1:3). Potem trochę odpoczęliśmy od grania, a w styczniu rozpoczęliśmy okres przygotowawczy. Sparingi nie napawały jednak optymizmem. Nigdy w historii nie notowaliśmy tak słabych rezultatów. Pocieszaliśmy się, że to efekt istnej plagi kontuzji, która spadła na naszą drużynę. Na dłuższy czas z gry wyłączeni byli Artur, Cuba, Piotrek, jeden i drugi Mateusz; na drobniejsze urazy narzekali też inni. Nie wszyscy doszli do siebie przed startem ligi, a ci, którzy wrócili na boisko, okazali się dalecy od optymalnej dyspozycji.

W sezon weszliśmy dość przeciętnie: remis na inaugurację z jak zawsze mocno zmotywowanym RTV (1:1, OPIS), dominacja nad wyraźnie "leżącym" nam Inss-Polem (4:1, OPIS) i pechowy (samobój w końcówce) podział punktów ze znakomicie poukładaną drużyną Cloud (1:1, OPIS). Potem przyszła minimalna porażka z nieobliczalnymi Prezesami (1:2, OPIS) i nokaut w pojedynku z FC Kublik (0:4, OPIS). Myślę, że zawodnicy Moose wybaczą mi tę zmianę nazwy, wszak tamten wieczór istotnie był spektakularnym występem jednego tylko aktora. Po tym meczu stało się jasne, że w tym sezonie raczej straciliśmy szansę na medale. Humory poprawiło nam zwycięstwo nad Kuźnikami (2:1, OPIS), choć był to zarazem pierwszy od dawna pojedynek z tą drużyną, w którym nie dominowaliśmy, a rywale więcej grali piłką. Jako kolejni na naszej drodze stanęli "Wojacy". Pierwsza połowa była wyrównana, na naprawdę wysokim poziomie z obu stron. A druga... Kuriozalnie stracona bramka, po której przestaliśmy grać w piłkę, pozwalając rywalom na zaaplikowanie czterech kolejnych goli (OPIS). Po tym meczu znowu znaleźliśmy się na równi pochyłej. Przyjaciele Tifosek zagrali z nami bez trójki czołowych graczy, zaczęli mecz w osłabieniu, a mimo to wykazywali więcej energii i chęci do gry. Biorąc pod uwagę okoliczności, porażka 2:4 była naszą kompromitacją (OPIS). Zaraz potem zmierzyliśmy się jeszcze z Wielką Niewiadomą - straciliśmy gola w drugiej akcji meczu, który z obu stron okazał się bardzo bezbarwny (OPIS). Sytuacja w tabeli zrobia się wówczas nieciekawa. Nieco dłuższą przerwę w rozgrywkach wykorzystaliśmy na doleczenie urazów, sparingi i mobilizację na dwa ostatnie pojedynki, które zdecydować miały o naszym utrzymaniu w lidze. Z WrSport wszystko ułożyło się po naszej myśli. Wystawiliśmy mocny skład, dobrze operowaliśmy piłką, byliśmy ruchliwi tworząc wiele sytuacji. Nie podłamał nas gol stracony w jednej z nielicznych akcji rywali, ani drugi po poważnym błędzie sędziego (rywal zbyt szybko wrócił na boisko po otrzymaniu żółtej kartki). Wygraliśmy 3:2 (OPIS) i mieliśmy los w swoich rękach - wystarczyło wygrać z ostatnimi w tabeli Rycerzami Ni. Niestety ta sztuka nam się nie udała (1:2, OPIS).

Skończyliśmy sezon na 10 miejscu (mimo gorszego bilansu bramek wyprzedziliśmy WrSport dzięki zwycięstwu w bezpośrednim pojedynku). Zabrakło jednego punktu do opuszczenia strefy spadkowej.

Długo zastanawiałem się nad przyczynami tej ostatniej porażki. Tegoroczny spadek formy jest w przypadku kilku graczy mocno widoczny. Ja sam należę na tym polu do "liderów". W większości przypadków kontuzje i dłuższa przerwa zrobiły swoje. Ale forma sama nie wróci - trzeba ją odbudować. Granie w lidze raz w tygodniu po 25-30 minut na mecz to zdecydowanie za mało, by mieć tzw. "czucie piłki". Nic dziewnego, że ona nam w tym sezonie tak bardzo odskakuje. Każdy z nas chciałby grać dobrze. Trzeba więc zdać sobie sprawę z oczywistego faktu: nie bedziesz brać udziału w sparingach - nie będziesz dobrze grać. Proste.

O ile formy na pewno nam zabrakło, to determinacji - patrząc przez pryzmat decydującego meczu - raczej nie. Było dużo walki fizycznej, nikt nie odstawiał nogi, wszyscy biegali i w obronie, i w ataku. W mojej ocenie problem polegał na tym, że - owszem - każdy chciał, ale każdy chciał po swojemu, każdy miał swój pomysł na grę.

Byliśmy dotąd zawsze zgodni, iż - wobec braku gwiazd mogących samodzielnie wygrywać mecze - nasze dobre wyniki są bardzo mocno uzależnione od zaangażowania w grę oraz dyscypliny taktycznej.

Kiedy byliśmy skupieni na wyznaczonych zadaniach, stanowiliśmy naprawdę nieźle zaprogramowaną maszynę, w której wszyscy dokładnie znali swoje miejsce. Teraz każdy ma własne pomysły. I pewnie każdemu się wydaje, że to jego są najlepsze :) Ale grając w ten sposób kompletnie tracimy orientację, czego można i czego należy oczekiwać od partnerów w danej sytuacji. O ile w obronie raz lepiej, raz gorzej, ale jednak wciąż próbujemy współpracować, to w taku przestaliśmy stanowić kolektyw. Zrobiło się z tego takie trochę podwórkowe granie oparte na indywidualnych możliwościach każdego zawodnika. Z własnej obserwacji mogę powiedzieć, że jeszcze niedawno, gdy dostawałem prostopadłą piłkę, mogłem od razu piętą zgrać ją za plecy, bo Artur, Maciek, Maniek, czasem Ruter zawsze gdzieś tam próbowali do niej doskoczyć. Teraz w naszej grze nie ma takich automatyzmów. Jak dostaję piłkę, to z reguły muszę się rozglądać, zastanawiać, do kogo i którędy mógłbym ją dalej odegrać.

Brak wspólnej wizji widać także w toczących się między nami rozmowach. Kiedy np. mówiłem Przemkowi, by skracał odległość między linią obrony i ataku, zawsze miał jakiś kontrargument. Gdy wołałem do Piotra, by wyszedł wyżej z pressingiem, mocno bronił pomysłu podwajania krycia w tyle. W meczu z Rycerzami Ni długimi minutami obok Grzesia do linii obrony cofał się Artur, a potem ja (czyli nominalni napastnicy), bo nikogo innego już tam nie było. W tym czasie Mati raz po raz irytował się, że jego dośrodkowania trafiają w próżnię, bo w polu karnym rywali brakuje naszych napastników. Na boisku był totalny choas i każdy grał tak, jak uważał za wskazane.

Chciałbym dla jasności podkreślić, że nie upieram się przy swoich pomysłach. Zawsze chętnie wysłucham i pomogę wdrożyć nowe koncepcje. Natomiast najgorsze, co wg mnie moglibyśmy zrobić, to zbagatelizować kwestie taktyczne. Taka "wolna amerykanka" naprawdę nie wpływa korzystnie na naszą grę. Myślę, że wszyscy to dostrzegamy.

Według mnie powinniśmy wrócić do dość rygorystycznego podejścia wobec przyjętej taktyki. Wiem, że takie "kajdany" nie każdemu odpowiadają, ale odnoszę wrażnie, że pomimo ograniczonej swobody na boisku, gra nam się wtedy i łatwiej, i przyjemniej. Realizacja taktyki jest jednak oczywiście uzależniona od całej drużyny, dlatego uważam za wskazane, by także pozostali zawodnicy przemyśleli, jaki model najbardziej im odpowiada.

Odnoszę wrażenie, że dopóki mamy w świadomości jakiś wysoki, ambitny cel sportowy, na ogół potrafimy się zmobilizować, pokazać charakter i kreatywność. Kiedy tracimy motywację, tracimy też zapał. Pogarszają się nie tylko wyniki, ale i radość z gry. Zwracam na to uwagę w kontekście czekającej nas zapewne rozmowy, w czasie której rozważana będzie również opcja "grania tylko dla przyjemności" (bez presji wyniku, ani zwracania uwagi, w której lidze występujemy). Moim zdaniem nie tędy droga. Owszem, można w ten sposób zwiększyć radość z gry, lecz tylko na krótką metę. Znika wówczas presja, nie trzeba się męczyć, można więcej pobawić piłką. Ale w dłuższej perspektywie brak ambitnych celów według mnie zmniejszy motywację. Z kolei mniejsza motywacja osłabi zaangażowanie. Mniejsze zaangażowanie przełoży się na gorszą grę, a ta na słabsze wyniki. Przecież ze słabszą grą i wynikami odczuwana przyjemność na pewno nie wzrośnie. Fajnie jest zwyczajnie pokopać piłkę, ale walka o zwycięstwo, towarzysząca temu adrenalina, poczucie, że zostawiło się na boisku i serce, i płuca - to też piękne emocje, które odczuwamy tym silniej, im większe jest nasze mentalne i fizyczne zaangażowanie w grę. Ja jestem za tym, abyśmy wyznaczyli sobie cel sportowy i wspólnie starali się do niego dążyć. Nie mówmy o medalach czy Pucharze Ligi, bo obecna gra nie upoważnia nas do snucia takich planów. Niech będzie to cel realny, osiągalny, lecz wymagający pewnego wysiłku, a nade wszystko taki, który będzie nas wszystkich mobilizować. Pytanie brzmi, czy znajdziemy taki wspólny punkt, który nas połączy i wszystkich zmobilizuje.

Dziękuję wszystkim zawodnikom naszej drużyny za wspólną grę. Przytrafił nam się wyjątkowo słaby sezon. Mam nadzieję, że w kolejnym będziemy mieć więcej satysfakcji i powodów do radości.

Cuba

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Blitz Wrocław w sezonie Wiosna 2015

od lewej stoją Maniek, Grześ, Cuba, Ruter, Artur, Piotr

poniżej Piotr, Łukasz, Dudis i Kruku

brakuje Marka, Kuby, Adina, Bruna oraz dwóch Mateuszów