Część z nas gra razem w piłkę już od czternastu lat, więc spędziliśmy ze sobą naprawdę sporo czasu na wrocławskich boiskach. Wspomnienia zaczynają się zacierać, dlatego postanowiliśmy zebrać i uporządkować to, co pamiętamy z tego okresu. Umieszczona poniżej historia naszej drużyny jest subiektywną relacją autora. Członkowie zespołu oraz pozostali uczestnicy opisywanych wydarzeń być może pamiętają lub oceniają je zupełnie inaczej.

Cuba, styczeń 2015 r.

W 2001 roku na Uniwersytecie Wrocławskim zrezygnowano z prowadzenia grup piłki nożnej mających zajęcia na dworze. Treningi na Polach Marsowych odbywały się wtedy pod okiem Pawła Barylskiego, obecnego członka sztabu szkoleniowego Śląska Wrocław. Po likwidacji tych grup, w kolejnym semestrze rzesze studentów zapisały się na  halę. Tam przypadkiem trafiłem na Dobrego - dawno niewidzianego kolegę, który przychodził z grupą kumpli z Wydziału Prawa i Administracji. Oni zawsze trzymali się razem, więc w tłumie przypadkowych graczy, jacy pojawiali się na zajęciach, ich gra robiła duże wrażenie. Dzięki znajomości z Dobrym szybko udało mi się do nich dołączyć i tak powstał zalążek dzisiejszego Blitza: Dobry, Dudis, Dłubinho, Maniek i Cuba.

Z czasem zaczęliśmy umawiać się na mecze także poza halą. Był to ten fajny okres, gdy Pola Marsowe były ogólnodostępne. Zawsze stało tam kilka przygotowanych boisk i w efekcie codzinnie grało w piłkę kilkadziesiąt, a może i kilkaset osób. Przyjeżdżaliśmy w ciemno i zawsze można się było do kogoś dołączyć. Takie spontaniczne spotkania trwały do momentu otwarcia pierwszego (chyba) boiska ze sztuczną trawą przy ulicy Krajewskiego. Ponieważ rezerwacja tego obiektu wiązała się z opłatami, musieliśmy zorganizować liczniejszą i stabilną ekipę.

Niestety nieco wcześniej opuścił nas Dobry. Najpierw zerwał na hali chyba wszystko, co się da w kolanie, po czym... dokończył mecz i dopiero wówczas pojechał do lekarza. Do dziś nie wiemy, jak tego dokonał. Nasze szeregi powiększyli za to Bielówka, Świebo, Żarny oraz bramkarz - Przemek. Nieco później pojawili się Sąsiad, Marek oraz Kruku. Drużynę przeciwną każdorazowo zbierał Dawid - skupieni wokół niego zawodnicy przez wiele lat tworzyli potem liczącą się we Wrocławiu drużynę Partizan. Systematycznie graliśmy przeciwko nim na przestrzeni ładnych kilku lat.

W 2006 roku w naszym mieście zorganizowano I Mistrzostwa Polski Hattricka w piłce nożnej (nie wiem dlaczego na niektórych stronach internetowych można przeczytać, że turniej odbył się w Poznaniu). Ponieważ wielu z nas grało wówczas w tego internetowego menagera, mogliśmy wystawić mocną i zgraną ekipę. Dudis, Cuba, Kruku, Żarny, Przemek, a także Ruter i Mateusz z Partizana sięgnęli po srebrne medale. Do dziś szkoda nam pamiętnego finału. Turniej trwał cały dzień przy dość dokuczliwym upale, a my graliśmy z jednym tylko zmiennikiem (co zresztą w kolejnych latach okaże się naszym znakiem rozpoznawczym). Mistrzów pokonaliśmy wcześniej w grupie; w finale nie mieliśmy już siły biegać i po remisie 0:0 polegliśmy w karnych.

Bardzo spodobała nam się rywalizacja w turniejach. Po kilku latach grania z jednym przeciwnikiem potrzebowaliśmy urozmaicenia. W efekcie jesienią 2006 roku zgłosiliśmy się do wrocławskiej ligi amatorskich siódemek organizowanych przez firmę Sadida na "naszym" obiekcie przy Krajewskiego. Była to pierwsza bądź druga edycja tego turnieju, więc możemy powiedzieć, iż z rozgrywkami na sztucznej trawie we Wrocławiu jesteśmy związani od chwili ich powstania.

Pojawiło się kilka pomysłów na nazwę dużyny - ostatecznie stanęło na "Blitzkrieg" (niem. wojna błyskawiczna), co miało symbolizować chęć do prowadzenia bardzo szybkich ataków oraz zaskakiwania nieprzygotowanego przeciwnika. Zamówiliśmy też nasze pierwsze spersonalizowane stroje.

W wakacje z Marcinem okazjonalnie i dość przypadkowo przyłączaliśmy do różnych ekip wynajmujących boisko na Krajewskiego. Za którymś razem przed rozpoczęciem meczu podeszła do nas nieznajoma dziewczyna i zapytała, czy jej chłopak też mógłby zagrać. Pierwsza myśl: rany, ale to musi być leszcz, skoro sam wstydził się odezwać... Ale ponieważ było nas akurat piętnastu, więc brakowało jednego zawodnika, by wyrównać siły. Marcin ustawił go na prawej obronie, "bo przecież tam najmniej zepsuje".

 

Zaczynamy. Marcin od początku nie zostawiał na gościu suchej nitki i co chwilę na niego krzyczał: bo kogoś nie pokrył, bo komuś nie podał itp. Chłopak nie protestował, lecz karnie stosował się do zaleceń. Po pewnym czasie dostrzegliśmy jednak, że on doskonale wiedział, co, jak i kiedy zrobić z piłką.

 

Po meczu Marcin rzucił myśl, by ściągnąć go do Blitzkriegu. Zastanowiłem się chwilę i odpowiedziałem, by odpuścić, ponieważ "mamy lepszych zawodników w naszych szeregach". Mimo moich obiekcji, Marcin jednak zdecydował się chłopaka zagadnąć. Ten z uśmiechem bardzo uprzejmie podziękował za propozycję, lecz odmówił, bo musi wracać... do swojego klubu.

Okazało się, że to zawodnik Arsenału Kijów Maciej K. Kilka miesięcy później przeszedł do Korony Kielce, w barwach której strzelił trochę bramek w ekstraklasie. Po każdym jego golu odbierałem telefon od rozbawionego Marcina, który pytał, czy moim zdaniem K. nadal jest za słaby do Blitzkriegu.

Przed przystąpieniem do ligowych zmagań w drużynie nastąpiły dwie ważne zmiany: Przemka, który miał coraz mniej wolnego czasu, w bramce zastąpił Pitshot, a formację ofensywną wzmocnił Adin, który był wówczas jednym z najlepszych zawodników w całych rozgrywkach. Nasz debiutancki sezon wypadł całkiem okazale. Tylko dwie drużyny były poza zasięgiem: Tukan Kantor oraz Pub Za Szybą. Tak czy siak trzecie miejsce i zdobycie brązowych medali to było więcej, niż się spodziewaliśmy.

Pół roku później nasza ekipa się rozpadła. Ja i Adin mniej czasu spędzaliśmy na boisku, a więcej w Pubie Dziekanat (on zawodowo, ja oddając się nowej pasji - piłkarzykom). Marcin w tym okresie też mniej uwagi poświęcał drużynie. Nikt z pozostałych nie wziął na siebie obowiązków organizatora. W efekcie wiosną na meczach ligowych coraz liczniej pojawiali się różni "koledzy" i "koledzy kolegów". Nie było zgrania, nie było woli walki. Szczerze mówiąc nie wiem nawet, na którym miejscu i w jakim składzie zakończyliśmy drugą edycję rozgrywek. Po niej na pewien czas między nami pourywały się kontakty zarówno piłkarskie, jak i towarzyskie. Bez piłki wytrzymaliśmy jednak tylko kilka miesięcy, po czym zdecydowaliśmy się ponownie zorganizować i spotykać raz w tygodniu na rekreacyjne gierki.

Wspominając nasz udział w rozgrywkach Sadida, warto wspomnieć o szalonym meczu podczas drugiej edycji. Z obu stron padło wówczas łącznie chyba kilkanaście bramek. Niestety nie pamiętam, przeciwko komu graliśmy. Choć sędziowie ewidentnie sprzyjali rywalom, to jednak w ostatnich minutach udało nam się doprowadzić do remisu. Kiedy niemal cała drużyna cieszyła się jeszcze na połowie przeciwników, sędziowie pozwolili im wznowić grę od środka i popędzić w stronę naszego osamotnionego bramkarza. Mecz oczywiście przegraliśmy, a protesty wywołały tylko uśmiech organizatora. Z tego co słyszałem, w kolejnych latach poziom sędziowania nie uległ tam zmianie...

Kilka miesięcy po zakończeniu przygody z Sadidą wróciliśmy do regularnych sparingów przeciwko Partizanowi. Zimą przez kilka kolejnych lat jeździliśmy do Siechnic, by pograć na hali. Tutaj rywali zorganizował Pitshot. Wśród nich byli Łukasz i Artur, którzy później stanowili trzon naszego zespołu. Niektórzy do dziś żartem wypominają nam, że rozbijamy konkurentów zabierając im najlepszych graczy.

Minęło kilka kolejnych sezonów, w czasie których skład Blitzkriegu mocno się zmienił. Obowiązki rodzinne i zawodowe odciągały stopniowo Przemka, Dłubinho, Pitshota, Żarnego. Niektórych z gry trwale (Świebo) albo tymczasowo (Sąsiad) wyłączyły kontuzje. Nierozwiązaną zagadką pozostaje zniknięcie Bielówy, który zadzwonił, że jest w drodze na mecz, ale się spóźni, bo zapomniał butów. Dostał ostrą reprymendę, ponieważ przez niego musieliśmy zacząć w osłabieniu (tradycyjnie nie mieliśmy zmienników). Po tej rozmowie już nigdy się nie pojawił, nie zadzwonił, nie napisał, ani nie odebrał telefonu. W obliczu tylu ubytków musieliśmy oczywiście szukać nowych graczy. Naszą formację defensywną wzmocnili Bruno, Grzegorz oraz Łukasz. Bogactwo w obronie zmusiło nas, by przesunąć do przodu dość bezbarwnego Mańka. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo na nowej pozycji wreszcie pokazał pełnię swoich możliwości i kilka lat później stał się jednym z najlepszych rozgrywających we wrocławskich ligach amatorskich, a jego prostopadłe podania za plecy obrońców do dziś pozostają naszym firmowym zagraniem.

Jak już wspomniałem, ciążące na Pitshocie obowiązki zawodowe sprawiały, że w kolejnych latach stopniowo coraz mniej mogliśmy na niego liczyć. W naszej bramce pojawiali się zatem kolejni zawodnicy, lecz jakoś z nikim nie udało nam się nawiązać dłuższej współpracy. Przełom nastąpił zimą 2009/2010 roku. Razem z Marcinem zagraliśmy gościnnie w luźnej gierce pod balonem przy ul. Na Niskich Łąkach. Poziom nie powalał, jednak świadomi naszych problemów z obsadą bramki, po meczu zapytaliśmy jednego z goalkeeperów, czy nie miałby ochoty pograć regularnie na większym boisku. Ten odmówił, a my, już bez szczególnej nadziei, idąc do szatni zagadnęliśmy jeszcze drugiego z bramkarzy. Ten wyraził zainteresowanie - wymieniliśmy się numerami i wkrótce umówiliśmy na pierwszy mecz.

W ten sposób do Blitzkriegu dołączył Janusz, czyli Człowiek-Legenda wrocławskiej piłki amatorskiej. Grywał na hali i na sztucznej trawie we wszystkich chyba rozgrywkach, jakie organizowano w naszym mieście. Ani ciężka praca, ani rodzina, ani zmęczenie nie były dla niego wymówką - niemal codziennie znajdował czas na piłkę. Wykazywał przy tym tyle zaangażowania i entuzjazmu, że dziś z powodzeniem mogę postawić go za wzór dla wielu młodszych kolegów. Równolegle reprezentował barwy kilku drużyn, lecz odkąd do nas dołączył, Blitzkrieg zawsze był dla niego priorytetem. W jego osobie zyskaliśmy nie tylko bardzo dobrego bramkarza, ale przede wszystkim odpowiedzialnego i zaangażowanego członka drużyny. Jeśli już naprawdę nie mógł przybyć, sam zawsze organizował zastępstwo, tak by nie zostawić nas na lodzie.

Wreszcie przestaliśmy się martwić o obsadę bramki. To w tym mniej więcej czasie zaczęło się też powoli zmieniać nasze podejście do gry. Zamiast nadal dość spontanicznie biegać za piłką, próbowaliśmy analizować mecze, ustalać taktykę, wychwytywać i eliminować błędy, sprawdzać różne ustawienia. Ta zmiana nastawienia, w połączeniu z regularnymi sparingami, pomogła nam poczynić szybkie i zauważalne postępy. Najbardziej odczuła je drużyna Partizan, która kiedyś toczyła z nami wyrównane boje, potem regularnie przegrywała (ale zawsze po walce), a teraz po prostu nie była już w stanie stawiać oporu.

Zaczęliśmy się trochę nudzić, szukać wyzwań i możliwości dalszego rozwoju. Wpadliśmy na pomysł, by ponownie spróbować swoich sił w jednej z wrocławskich lig amatorskich. Wybór padł na WLPNS, czyli dzisiejszy Wrocbal. Zrobiliśmy zrzutkę na wpisowe oraz nowe stroje. Zakupiliśmy dwa komplety (biały i czarny), na których pojawiły się logotypy wspierających nas firm: Ecoteq, MIR, Automuza.pl.

Przed startem ligi drużynę opuścił Marek. Jemu nie odpowiadał żelazny reżim taktyczny, jaki próbowałem narzucić drużynie; mnie natomiast drażniło częste łamanie schematów z jego strony. Napięcie narastało, a gdy w końcu wybuchło, to forma pożegnania okazała się dość gwałtowna. Cieszę się, że dziś nie ma już między nami tamtych negatywnych emocji, o czym mogłem się przekonać, kiedy Marek kilkakrotnie stawał przeciwko nam grając w barwach Old Blue Angles.

Udział w lidze musieliśmy zacząć od jej najniższego, trzeciego szczebla. Przed startem udało nam się jednak umówić sparing z mistrzem całych rozgrywek, drużyną Brand Factory. Był to chyba jeden z najlepszych meczów w naszej historii. Nadzwyczajnie skupieni, zmobilizowani wygraliśmy 4:0. Cofnięci głęboko pod swoje pole karne broniliśmy się mądrze i z ogromną pasją. W ciągu 90 minut pozwoliliśmy rywalom na oddanie zaledwie jednego (!) strzału w światło naszej bramki, a sami wyprowadzaliśmy zabójcze kontry.

Nadeszła jesień 2010 roku i rozpoczęliśmy rozgrywki. W nich, zgodnie z oczekiwaniami, wysoko rozbijaliśmy kolejnych rywali. Z naszego debiutanckiego sezonu warto wspomnieć o jednym pojedynku. W meczu z Francą HP już w pierwszych minutach kontuzji nabawił się Łukasz. My, tradycyjnie nie mając zmienników, musieliśmy grać w osłabieniu niemal cały mecz, czego skutkiem była jedyna porażka w sezonie (1:2); Łukasz zakończył wówczas niestety karierę obrońcy - powróci trzy sezony później, lecz już w innej roli.

Atak zimy nie pozwolił nam zagrać ostatniego meczu, lecz nawet bez tych punktów zapewniliśmy sobie awans do II ligi. Dodatkowo Janusz został uznany najlepszym bramkarzem rozgrywek. W przerwie między sezonami zaskoczyła nas wiadomość o powstaniu nowej ligi amatorskiej na "naszym" boisku przy ul. Krajewskiego. Pojawiły się silne sentymenty, które skłoniły nas do zmiany. Organizator nowych rozgrywek ustalił jednak absurdalny terminarz i nie chciał iść na żadne ustępstwa. W tej sytuacji, niczym syn marnotrawny, powróciliśmy pod skrzydła WLPNS.

Kolejne dwa sezony spędziliśmy w II lidze. Do składu dołączył w tym czasie Artur, bez którego dziś trudno wyobrazić sobie naszą drużynę. Na tym szczeblu zetknęliśmy się już z zespołami i zawodnikami, którzy od lat należą do wrocławskiej czołówki. Zdobywaliśmy cenne punkty w meczach z faworytami, takimi jak Car-Zone, Łysy & Bomba, Drink Team, lecz potem głupio gubiliśmy je ze słabszymi zespołami. W efekcie dwukrotnie do awansu zabrakło nam jednego zwycięstwa. Mimo to i tak weszliśmy w końcu do najwyższej ligi, choć stało się to kuchennymi drzwiami. Otóż z rozgrywek wycofali się Szpilmacherzy - najbardziej chyba utytułowana drużyna amatorska we Wrocławiu; my otrzymaliśmy dziką kartę i zajęliśmy ich miejsce.

Choć wiosną 2012 roku myśleliśmy tylko o tym, by utrzymać się w I lidze, to na boisku radziliśmy sobie nadspodziewanie dobrze. Najlepsi, jak FC Moose czy Castorama, byli wtedy poza naszym zasięgiem, ale z resztą drużyn najczęściej udawało nam się wygrywać. Grając z jednym zmiennikiem, a czasem bez żadnego, wzmocniliśmy kondycję oraz zgranie. Jednak z drugiej strony, w wypadku czyjegoś przeziębienia lub wyjazdu, od razu mieliśmy problemy ze skompletowaniem składu.

 

W ostatnim pojedynku mieliśmy się zmierzyć z FC Zbieraniną. Zwycięstwo dawało nam srebrne medale; porażka spychała na czwarte miejsce. Rywale nie stawili się w pierwszym terminie. Mogliśmy przyjąć walkower, lecz wyraziliśmy zgodę na przesunięcie meczu. W nim niestety wszystko ułożyło się źle. Upał dosłownie zwalał z nóg i żaden z nas nie potrafił zmusić się do "gryzienia murawy". Janusz przyjechał potwornie przemęczony i już na rozgrzewce z trudem schylał się po piłkę. Rywale oddali dwa strzały, a mimo to zdobyli aż trzy bramki, bo w między czasie Marcin ustrzelił "swojaka". Za dużo ciosów spadło na nas tego dnia. Dwukrotnie wychodziliśmy wprawdzie na prowadzenie, lecz ostatecznie przegraliśmy 2:3.

Po sezonie musieliśmy podjąć niezwykle trudną decyzję. Kontuzja ciągnąca się za Łukaszem wykluczała powrót do gry w polu - pozostawała mu bramka. Jeden z naszych kolegów musiał więc pogodzić się z rolą rezerwowego. Uznaliśmy, że walczący na wielu frontach Janusz zdecydowanie łatwiej znajdzie nową drużynę. Przyjął to ze smutkiem, ale i zrozumieniem. Potem wspierał nas zawsze, gdy tylko go potrzebowaliśmy. Szkoda, że wyjechał z Wrocławia bez pożegnania. Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze kiedyś okazja, by wyjść razem na boisko.

W wakacje rozegraliśmy kilka sparingów z drużyną Forda, do której później dołączyłem, by od czasu do czasu gościnnie zagrać w lidze Sadida. Mieli w składzie naprawdę dobrego gracza, więc przy pierwszej okazji zapytałem, czy nie miałby ochoty pograć także u nas. Zgodził się, podał swoje dane, wysłałem zgłoszenie. I dopiero potem, w czasie rozmowy z Marcinem zaczęło nam świtać, że skądś gościa znamy... W ten dość przypadkowy sposób do Blitza trafił Krzysiek, były zawodnik Śląska, Legii i Widzewa. Akurat chwilowo pozostawał bez klubu i chętnie korzystał z możliwości pogrania w piłkę.

Niestety we Wrocbalu wystapił tylko jeden raz, co boleśnie odczuła druga drużyna WSOWL. Przyjemnie się grało, mając takiego zawodnika w składzie. Przy nim każdy z nas wypadał lepiej. Mimo że umiejętnościami przewyższał ligę, to  nie przejawiał żadnego egoizmu w ataku i na równi z innymi tyrał w obronie. Szkoda, iż nie mógł pojawiać się częściej, bo w tabeli końcowej, choć zajęliśmy piąte miejsce, straciliśmy tylko trzy punkty do mistrzów. Na osłodę pozostała przyznana  nam nagroda Fair Play. Zimą Krzysiek podpisał kontrakt ze Śląskiem, w którym z powodzeniem występował przez kilka lat, grając nawet w europejskich pucharach. My zaś do dziś żartujemy, że oto kolejny gracz wypromował się na naszych barkach do polskiej Ekstraklasy.

Przed startem kolejnego sezonu zdecydowaliśmy się zmienić nazwę drużyny. Wcześniej kilkakrotnie na meczach podchodziły do nas zupełnie obce osoby i pytały o napis "Blitzkrieg" na koszulkach, o rzekome sympatie dla Hitlera i narodowego socjalizmu. Okazało się, że słowo, określające w języku niemieckim jeden ze sposobów prowadzenia działań zbrojnych, niektórym Polakom zbyt mocno kojarzy się z traumą II wojny światowej. Chcąc uniknąć kolejnych wyjaśnień i drażliwych sytuacji, skróciliśmy nazwę do słowa "Blitz", co oznacza błyskawicę. Wyszło całkiem sympatycznie, bo gdy ktoś wpisał to do wyszukiwarki, okazało się, że dokładnie taką nazwę nosił pierwszy (jeszcze niemiecki) klub piłkarski we Wrocławiu (więcej na ten temat: TUTAJ).

W kolejny sezon weszliśmy nie tylko z nową nazwą, ale i nowymi zawodnikami w drużynie. Łukasz nie był w pełni dyspozycyjny i okazjonalnie w bramce zastępował go Poli; natomiast w środku pola pojawił się Mati. Posiadane umiejętności mogły uczynić z niego jednego z najlepszych zawodników w lidze. Szkoda, że gra w Blitzu była dla niego gdzieś na dalszym miejscu i w efekcie bardzo nieregularnie mogliśmy liczyć na wsparcie z jego strony. Sezon nie był dla nas udany - szesnaście punktów to najgorszy wynik spośród dorychczasowych występów Blitza w lidze Wrocbal.

W tym czasie z drużyną pożegnał się Ruter. Kilka razy dał wprost do zrozumienia, że gierki z nami traktował wybitnie rekreacyjnie. Ta jego postawa miała niestety - w naszym odczuciu - bezpośrednie przełożenie na determinację okazywaną na boisku. Nigdy nie akceptowaliśmy i nie będziemy akceptować braku zaangażowania - nasz zawodnik ma prawo popełniać błędy, ale nie może odpuszczać; jeśli nie chce mu się biegać i walczyć na sto procent, powinien poszukać innej drużyny. Ruter zniknął na jakiś czas, lecz na szczęście po kilku sezonach zmienił nastawienie, wrócił i znowu stał się ważnym ogniwem naszego zespołu.

Jesienią 2013 roku skończyliśmy sezon wcześniej niż konkurenci, mając na koncie dość przeciętny dorobek dziewiętnastu punktów. Spotkaliśmy się na tradycyjnym piwku, gdzie ze śmiechem rozrysowaliśmy zupełnie fantastyczny scenariusz, w którym mogliśmy jeszcze zdobyć brązowe medale. O ile pamiętam, wyniki siedmiu różnych meczów musiały ułożyć się dokładnie po naszej myśli. I tak się stało! W ostatniej kolejce na boisku przy Sarbinowskiej działy się cuda, a po niej Blitz po raz pierwszy w historii stanął na podium Superligi Wrocbal.

Tuż przed kolejną edycją ze względów zdrowotnych ze składu wypadł Bruno - nasz etatowy stoper. Mimo tego osłabienia, do rozgrywek przystępowaliśmy z umiarkowanym optymizmem, bowiem wzmocnił nas pozyskany z drużyny Platinium Maciek. Chociaż w trakcie sezonu zbyt często szukał na boisku indywidualnych rozwiązań, to trzeba uczciwie przyznać, że wyraźnie wzbogacił nasze możliwości ofensywne i - mimo swych upodobań - starał się dopasować do naszego stylu gry. Z nim w składzie zrobiliśmy krok do przodu: najpierw po dramatycznym pojedynku pierwszy raz pokonaliśmy drużynę WSOWL, potem już na kolejkę przed końcem zapewniliśmy sobie brązowe medale, a w ostatnim meczu przeciwko Kuźnikom walczyliśmy jeszcze o drugie miejsce w lidze (niestety remis w tym pojedynku zapewnił srebro rywalom). Na koniec sezonu Maciek zdobył tytuł Króla Strzelców Superligi. Niestety, ze względu na naukę, musiał zaraz potem wyjechać z Wrocławia.

Jesienią 2014 roku w lidze wystartowaliśmy naprawdę nieźle: po świetnych meczach dwukrotnie pokonaliśmy późniejszych mistrzów Wielką Niewiadomą. Długo utrzymywaliśmy się w czołówce, zachowując realne szanse na tytuł. Niestety po raz kolejny pojawiły się problemy z zebraniem składu. Bez zmienników wykazywaliśmy na boisku mniejsze zaangażowanie i w efekcie zaczęliśmy gubić punkty. Gdy mistrzostwo się wymknęło, ewidentnie uszło z nas powietrze i końcówkę sezonu dograliśmy w wyjątkowo marnym stylu. Po ostatniej kolejce wypadliśmy nawet poza podium.

Do nowego sezonu (wiosna 2015) przystąpiliśmy z poszerzoną kadrą. W środku pola lukę po Matim miał załatać jego imiennik. W sparingach pokazał naprawdę duże możliwości, choć pewnym problemem był wyraźny brak zgrania z drużyną. Formację defensywną uzupełnili Kuba oraz drugi z Piotrków. W bramce Łukasza zastąpił Marek. Niestety dużo nowych twarzy w połączeniu z istną plagą kontuzji w okresie przygotowawczym totalnie rozbiło i naszą grę, i nasze plany. W sezon weszliśmy niemrawo. Na boisku panował bałagan, gra się nie kleiła, wyniki były coraz gorsze. Morale spadało i pojawiły się pierwsze spięcia. W połowie rozgrywek stało się jasne, że do końca będziemy musieli się bić o utrzymanie. Tym razem nie odpuściliśmy mentalnie - mobilizacja w końcówce była naprawdę duża. Mimo to, w ostatnim meczu ulegliśmy najsłabszej drużynie, co było dla nas równoznaczne z degradacją. Każdy bardzo chciał, lecz w naszej grze za dużo było indywidualnych starań, a za mało zespołowości. I nie chodzi tu o nadmiar indywidualnych pojedynków, lecz brak wspólnej wizji gry - wszyscy zawodnicy mieli po prostu swoje pomysły; zabrakło współpracy.

Jesienią 2015 roku, po siedmiu sezonach spędzonych w Superlidze, w oczy zajrzało nam widmo degradacji. Kiedy już przymierzaliśmy do występów na tzw. zapleczu, z rozgrywek wycofały się dwie drużyny: Inss-Pol oraz Wielka Niewiadoma. Dzięki temu, zgodnie z regulaminem, zachowaliśmy status superligowca.

W okresie wakacji nasza kadra przeszła małe trzęsienie ziemi. Odeszli Piotr i obydwaj Mateusze; Kuba zniknął na prawie cały okres przygotowawczy, a drugi z Piotrów stawał się coraz mniej dyspozycyjny. W tej sytuacji musieliśmy szukać wzmocnień. Dziurę w pomocy załatał Michał, który okazał się doskonałym transferem i już w debiutanckim sezonie zdobył tytuł MVP, czyli najbardziej wartościowego gracza w lidze. Formację defensywną okazjonalnie uzupełniali natomiast Marcel oraz czołowy obrońca Wielkiej Niewiadomej, Adam. 

Przed startem ligi rozegraliśmy rekordową liczbę sparingów. Graliśmy przyzwoicie, atmosfera była dobra, zaś dyscyplina taktyczna na wysokim poziomie. Co ważne, po raz pierwszy od dawna omijały nas kontuzje. Wszystko to razem przełożyło się, dość niespodziewanie, na najlepszy sezon w historii. Najpierw dotarliśmy do finału Pucharu, gdzie musieliśmy uznać wyższość Wielkiej Niewiadomej. Natomiast w lidze do ostatniej kolejki mieliśmy mistrzostwo na wyciągnięcie ręki. Niestety na finiszu punkty urwała nam drużyna RTV Euro AGD i w ten sposób tytuł trafił do rąk Wojskowych.

Wiosną 2016 roku skorzystaliśmy z rozpadu utytułowanej drużyny FC Moose. Nasze szeregi zasilili jej byli zawodnicy: Dawid, Boniek oraz Lewy. Do kadry dołączył także nowy bramkarz: Maciek. Na boisku dobre występy przeplataliśmy słabszymi i w efekcie kolejne sezony kończyliśmy gdzieś w środku tabeli. Niestety bezustannie dokuczała nam plaga kontuzji. Cuba, Ruter, Grześ, Kruku, Lewy - wszyscy oni byli wykluczeni z gry albo na długo, albo na bardzo długo...

I wreszcie nadszedł przełomowy sezon wiosenny 2017 roku! Przed startem rozgrywek dokonaliśmy dwóch istotnych wzmocnień: obronę zasilił Majkel, a na rozegraniu pojawił się Misza. To były strzały w dziesiątkę! Pierwszy okazał się, obok Grzegorza Paukszta, najskuteczniejszym obrońcą ligi; drugi był chyba najlepszym rozgrywającym całym rozgrywek. Dodajmy do tego jeszcze fantastyczny (kolejny!) sezon Maćka w bramce, skuteczność Michała "MVP" Biskupa oraz serce wkładane w każdy mecz przez pozostałych zawodników. Efekt był taki, że już na kolejkę przed końcem zapewniliśmy sobie historyczny tytuł mistrzowski, a niejako przy okazji wyrównaliśmy rekord wszechczasów Sokoła Wrocław, tracąc zaledwie osiem bramek w całym sezonie.

W wakacje dopadło nas jakieś dziwne rozluźnienie. Zagraliśmy rekordowo mało sparingów, na które zresztą przychodziło góra 4-5 osób z podstawowego składu. Potem jesienią graliśmy niby przyzwoicie, ale na wszystkich frontach zabrakło nam przysłowiowej kropki nad "i". Po karnych przegraliśmy Superpuchar ze Szpilmacherami. W Lidze Mistrzów lepsza okazała się Wielka Niewiadoma. A w lidze w ostatnim meczu, w ostatnich minutach daliśmy sobie wbić dwa gole, oddając w ten sposób kolejny tytuł. Trzon zespołu pozostał bez zmian. Napastników wzmocnił Adaś Domek, lecz opuścił nas po jednym sezonie. W kolejnym jego miejsce zajął Konrad, który - trzeba to podkreślić - doskonale wpasował się w nasz sposób gry. Miejsca trzecie i piąte w kolejnych sezonach pokazały, że wciąż należymy do czołówki, ale coraz trudniej jest walczyć o tytuł.

W kolejnych sezonach było jeszcze trudniej - kończyliśmy je w środku tabeli, a wiosną 2019 roku niemal do końca rozgrywek musieliśmy walczyć o utrzymanie. W składzie nastąpiło sporo zmian. Z zupełnie różnych powodów grać przestali Kruku, Misza i Konrad. Pojawili się jednak nowi zawodnicy: Radek, Farmer i Szymon. Fajnie wkomponowali się w drużynę i mamy nadzieję, że zostaną z nami na dłużej.